Lot jak lot, na trasie Dublin – Gdańsk. Może trzęsło trochę bardziej. Generalnie dziwnie się czuję na wysokości ok. 10 km, zamknięty w stalowej puszce, która z jakichś niezrozumiałych względów potrafi unosić się w powietrzu z olbrzymią prędkością. Czuję pod sobą tą odległość od ziemi i wiem, że upadek z takiej wysokości może się skończyć tylko w jeden sposób. Nie żebym się jakoś specjalnie mocno bał, ale gdzieś tam ten lęk się czai.
Ten miesięczny bobas leciał pierwszy raz do Polski. Pokazać się dziadkom. Jego mama tryskała optymizmem. Od pierwszego zdania rozmawialiśmy jakbyśmy znali się sto lat. Kiedy wyraziliśmy zdanie, że jakoś mocno trzęsie tym razem i że mamy jakieś tam obawy, spojrzała na nas jak na idiotów. Wy nic nie rozumiecie. On leci ze mną pierwszy raz. Nic nie może się wydarzyć. NIC SIĘ NIE WYDARZY, BO ON MUSI DOLECIEĆ. Powiedziała to tonem osoby, która po prostu to WIE.
Mój lęk dostał kopa w tyłek i schował się gdzieś, gdzie go nawet nie szukałem.
Nic się nie wydarzyło.
ON doleciał. Musiał.





















